„Ja to mojego męża, proszę pana…”
- ksiazkowepasje
- 8 cze 2025
- 6 minut(y) czytania
Budzę się, ale nie otwieram oczu. Wsłuchuję się w ciszę i bicie mojego serca. Wiem, że mam dzisiaj do wykonania mnóstwo obowiązków. Mimo wolnej soboty będę zajęta aż do wieczora. Posprzątać mieszkanie, wstawić pranie, ale najpierw wypić mocną kawę i wyjść z psem na spacer – wyliczam w myślach.
Dlaczego mój mózg ciągle działa na najwyższych obrotach? Małe trybiki we wnętrzu mojej głowy zdają się nigdy nie ustawiać w szybkim obracaniu się. Zawsze jest coś do zrobienia, do załatwienia. Karcę się w myślach za ciągłe wyszukiwanie sobie zajęć i postanawiam, że dzisiaj z łóżka wyjdę nieco później, niż zwykle.
Lewe ramię pulsuje tępym bólem, jak zawsze, gdy leżę na nim za długo. Zazwyczaj jest to dla mnie oznaka, że pora wstawać. Ale nie dzisiaj, nie poddam się! Przekręcam się na brzuch. Lewą nogę zginam w kolanie i podciągam wysoko. Chwytam jaśka – malutką poduszeczkę, bez której nie potrafię spać – i przytulam mocno. Prawą ręką odgarniam włosy z twarzy, po czym wciskam ją głęboko pod pachnąca płynem do płukania poduszkę. Uwielbiam zasypiać w takiej pozycji, a potem – ku mojemu zdziwieniu – zawsze budzę się na którymś obolałym boku.
Wzdycham głęboko rozkoszując się błogim uczuciem, które powoli ogarnia całe moje ciało. I kiedy prawie zasypiam przypomina mi się rozmowa dwójki staruszków, której byłam świadkiem jakiś rok temu. Nie wiem dlaczego akurat teraz, akurat dzisiaj, ale w głowie odzywa się każde wypowiedziane przez tą dwójkę słowo, jakby znowu stała obok nich.
Nie znoszę jesieni, tej późnej, która każdego dnia nieustannie przypomina człowiekowi, że już za chwilę nadejdzie mroźna, nieprzyjemna zima. Taki był właśnie tamten dzień, kiedy zupełnie przez przypadek stałam się świadkiem padających pomiędzy ludźmi słów. Słów, których do dzisiaj nie umiem zapomnieć.
Wiatr wiał z prędkością światła. Mroźny, mokry od padającej z szarego nieba nieprzyjemnej mżawki. Szłam wolno na przystanek tramwajowy na zgrabiałych z zimna stopach. Kiedy kolejny podmuch wdarł się głęboko pod mój gruby zimowy płaszcz i pomiędzy szkła bordowych okularów korekcyjnych wywołując łzawieni oczu, okryłam twarz szczelniej kołnierzem i przeklinając w myślach te cholerna pogodę, dziarsko ruszyłam przed siebie. Jeszcze dwa metry, jeszcze metr – pocieszałam się w myślach i pokonywałam ostatni odcinek drogi dzielący mnie od przystanku tramwajowego.
Liczyłam na to, że po ciężkim dniu w pracy, wcisnę się w kąt szklanego przystanku, osłonę przed wiatrem i deszczem, a przed przyjazdem tramwaju zrelaksuję się czytając książkę spoczywającą w moje granatowej torbie.
Na mocno zniszczonej ławeczce, która lata świetności dawno miała za sobą, siedziała staruszka w zabawnym fioletowym bereciku. Jej turkusowy płaszcz – kolorystycznie niepasujący do nakrycia głowy, czarnych bucików i orzechowej torebki – był mocno podniszczony. Pamiętał zapewne niejedną jesień i zimę, o czym świadczyły wytarte mankiety i łyse plamy na łokciach. W dłoniach wciśniętych w żółte rękawiczki, kurczowo ściskała materiałową chusteczkę. Cóż za burza kolorów – pomyślałam, chwytając lekturę w zgrabiałe z zimna dłonie. Staruszek siedzący obok „kolorowej babci”, jak nazwałam w myślach kobietę, wydał mi się bardzo przyjaznym, kochający świat i ludzi starszym panem. Brązowa kurtka była zdecydowanie za duża i dawno nie prana. Spodnie na kant w podobnym kolorze sugerowały, że pan jest samotny – brudne, wygniecione. Dłonie usiane plamami wątrobowymi spoczywały spokojnie na jego chudych kolanach. Wykrzywionymi kciukami kręcił młynki. Kiwał siwą głową pozbawioną okrycia i z przysłuchiwał się słowom wypowiadanym przez staruszkę.
Już, już miałam zatopić się w książce, kiedy moją uwagę przykuły słowa kobieciny:
- Ja to mojego męża, proszę pana, bardzo kochałam. Oj bardzo.
Żadne tam rozmowy o tym, jaki to „za naszych czasów” świat był piękny, życie łatwiejsze, a ludzie milsi. Zamiast typowych dla ludzi w tym wieku pogadanek, stałam się świadkiem rozmowy o utraconej – jak się domyśliłam - miłości. Szybko zapomniałam o lekturze, którą natychmiast wrzuciłam z powrotem do torby, dłonie wcisnęłam głęboko w kieszenie szarego płaszcza i, cóż tu dużo mówić, zaczęłam podsłuchiwać.
Był to czas w moim życiu, kiedy głęboko wątpiłam w prawdziwą miłość. Dla mnie ona po prostu nie istniała. Bo jak można wierzyć w to uczucie, kiedy pewnego dnia mąż bez słowa wyjaśnienia pakuje się i porzuca cię z dwójką małoletnich dzieci, które z groteskowej sytuacji rozumieją jeszcze mniej, niż ty? Jak powiedzieć: „Ależ oczywiście, że miłość między dwojgiem ludzi istnieje?”, gdy samemu przez życie przechodzi się w pojedynkę, każdego dnia walcząc, jak lwica, aby dzieciom zapewnić godziwy byt? To nie jest możliwe, dlatego i ja w to uczucie nie wierzyłam od dawna. Nie przyjmowałam do wiadomości, że to tylko mnie się nie udało, i że można być z kimś szczęśliwym. Po rozpadzie małżeństwa o płci przeciwnej wyrobiłam sobie własna opinię i nikt, absolutnie nikt, nie był w stanie przekonać mnie do zmiany zdania.
- Kupa pijawek, padalców pospolitych. Wszyscy oni są tacy sami – mówiłam szczerze, za każdym razem, gdy rozmowa w towarzystwie zeszła na tematy damsko – męskie.
Dla mnie miłość nie istniała, a znajomi i przyjaciele doskonale wiedzieli, że ten temat jest ostatnim, jaki w moim towarzystwie można poruszać. Dlatego, stojąc na przystanku tramwajowym, nie posiadałam się ze zdziwienia, że tym razem rozmowa o uczuciu, którego szczerze nienawidziłam, tak bardzo mnie zainteresowała. Wytężyłam słuch jeszcze bardziej i nieznacznie przysunęłam się do dwójki staruszków, aby nie uronić ani jednego słowa.
- Jaka ja dla niego, proszę pana, nieznośna potrafiłam być – kolorowa pani głęboko wciągnęła powietrze i z niedowierzaniem pokiwała głową. Pan uśmiechnął się promiennie. Chyba wiedział, o czym mówi staruszka.
- A on, proszę pana, nigdy na mnie głosu nie podniósł, nigdy się ze mną nie pokłócił. A, żeby mi w mordę dał, że tak powiem, jak to kiedyś zazwyczaj między żoną a mężem było, to absolutnie. – Z dumą wyznaje. Oczy starszego pana rozszerzają się ze zdziwienia. Nie wygląda mi na mężczyznę, który kiedykolwiek podniósł dłoń na płeć przeciwną, ale widać brak kłótni ze strony wychwalanego męża kolorowej pani, bardzo dziwi.
- I ja się go kiedyś nawet zapytałam: “Marian, dlaczego ty się ze mną nie pokłócisz nawet, przecież ja dla ciebie czasami taka niedobra jestem. Ani w mordę nie dasz, jak mąż Staśki, sąsiadki naszej?” I wie pan, co mi odpowiedział? – nie czekając na odpowiedź kolorowa pani ciągnie dalej – “Duszko, jak ja mam się z tobą kłócić? Przecież ja ciebie kocham najbardziej na świecie. A żebym ja ciebie uderzył, to mi się w ogóle w głowie nie mieści, Duszyczko moja.”
- To rzeczywiście prawdziwa miłość musiała być – przyznaje starszy pan pełen uznania.
- A potem umarł, wie pan, i zupełnie samą mnie na tym świecie zostawił. Dzieci nie mieliśmy to i człowiek teraz nie ma do kogo w odwiedziny pojechać, do kogo zadzwonić. A te moje koleżanki co jeszcze żyją to tylko ciągle na choroby narzekają. A ja bym, proszę pana, na spacer poszła. Może potańczyła nawet, a nie ciągle tylko marudziła na to, że mnie kości bolą. – W oczach staruszki widzę łzy. – Tak za nim, proszę pana, tęsknię.
Twarz staruszka posmutniała. Chwycił kobiecinę ze dłoń i niepewnie zapytał:
- To może razem byśmy, proszę pani, na ten spacer poszli? – Zamarłam w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Ależ proszę pana, ja nie mogę. Nawet gdyby tylko na niewinny spacer, to ja przecież męża nadal w sercu noszę i zwyczajnie nie mogę. – Pani pokiwała głową w geście odmowy tak gorliwie, że przez chwilę bałam się, iż jej fioletowy berecik zsunie się z głowy i pofrunie z wiatrem.
Stałam jak urzeczona i nie mogłam uwierzyć w zasłyszane słowa. Taka szczera miłość, wielkie uczucie, które sercu nakazuje tęsknotę nawet kilkanaście lat po odejściu ukochanej osoby…
Tamtego dnia wróciłam do domu odmieniona. W sercu zaczęła tlić się nadzieja, że może jednak, że może kiedyś. Im dłużej myślałam o zwierzeniach kolorowej staruszki, tym większe budziło się we mnie przekonanie, że nie miałam racji. Przecież miłość musi istnieć i każdemu się kiedyś w życiu przytrafia.
Kończąc rozmyślania o rozmowie, o której od roku nie potrafię zapomnieć, wtulam twarz w poduszkę jeszcze bardziej. Poranek jest nadal cichy. Tylko ptaki obudzone porannym wiosennym słońcem kłócą się między sobą na pobliskim drzewie. Jeszcze raz myślę o miłości, w którą kiedyś nie wierzyłam i uśmiecham się delikatnie.
Nagle czuję ciepłe, silne ramię oplatające moje plecy. Ciepły policzek spoczywa na moim ramieniu. Czuję dobrze mi znajomy oddech, który potrafi uspokoić moje nawet największe nerwy.
- Gdzie byłaś kochanie, w całym łóżku cię szukałem – słyszę. Moje serce zalewa fala ciepła, a usta rozszerzają się w jeszcze większym uśmiechu.
Miłość, czuję miłość.




Komentarze