"Umieram”
- ksiazkowepasje
- 8 cze
- 20 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 27 cze
Część pierwsza
“Zegar”
Paulowi -
Ik mis je zo erg!
„Powiem wam, co się dzieje, kiedy rozpacz po stracie kogoś bliskiego wyleje się, jak kipiący syrop na otwarty płomień smutku: krzepnie i twardnieje, aż tworzy się coś, czego przedtem wcale nie było. Nie jest to, jakby się można było spodziewać, tęsknota, ani nawet żal. To, co powstaje, jest gęste, kleiste i czarne niczym popiół. Ale żeby zrozumieć, co to takiego, trzeba wziąć odrobinę na palec i spróbować językiem, smak podpowie, że taki ostry i cierpki może być tylko gniew w swej najczystszej postaci. Jak każdą substancję, można go zważyć, zmierzyć, rozsmarować na kromce chleba”
Leżę nieruchomo. Chwilami boję się już nawet oddychać. Chociaż oddech świadczy o tym, że jeszcze tutaj jestem. I to jest dobre.
Mięśnie, podobnie jak reszta ciała, odmawiają posłuszeństwa. Nie współpracują. Coraz częściej za to przypominają mi o tym, że od dawna nie jestem sprawnie działającą maszyną. Nie mogę chodzić. Nie jestem w stanie ustać na własnych nogach, nie mówiąc już nawet o zrobieniu choćby jednego kroku. Nie pamiętam kiedy ostatni raz trzymałem w silnych kiedyś dłoniach gorący kubek z aromatyczną kawą. Nie mam sił.
Rozpadam się.
Wodzę oczami po sali. Setny już raz obserwuję wszystko to, co mnie tutaj otacza. Powinienem czuć się wyróżniony i doceniać wielki gest lekarzy, wiem, bo od miesiąca leżę w jednoosobowej sali. I byłoby to może nawet dobre, jakiś plus w mojej przesranej sytuacji, gdyby nie to, że obok prywatności, jaką nam w ten sposób zafundowali, pojawiło się dużo więcej miejsca na samotność i te pieprzone, czarne myśli odbijające się nie tylko o ścianki mojej głowy, ale też o puste, wściekle białe ściany, kiedy zostaję tutaj sam.
Z obu stron otaczają mnie maszyny. Mam wrażenie, że lekarze ściągnęli tutaj całą możliwą aparaturę. Sprawdzają tętno, pracę serca sprawnego jedynie w jednej czwartej, ilość oddechów na minutę. Płuca też już ledwo ciągnął… więc je też monitorują. Ubrali mnie w plastikowe rurki. Jedna w nosie z tlenem. Inna wije się niczym wąż z klatki piersiowej w stronę aparatu do pomiaru pracy kulejącego serca. Jeszcze kolejna jest ozdobą mojej prawej dłoni. Nieustannie słyszę drażniące słuch
Piibip
Piibip
Piibip.
Mój wzrok pada na zegar wiszący naprzeciwko łóżka. Duże, okrągłe gówno, odmierzające pozostały mi czas.
Nienawidzę sukinsyna.
Tyka i tyka nieprzerwanie, przypominając mi o tym, że to już niedługo. Być może zaraz, za chwilę, bo przecież nigdy nie wiadomo. I każe mi się spieszyć, myśleć logicznie, chociaż to coraz trudniejsze, planować ostatnie do wykonania rzeczy, sprawy do załatwienia zanim wytyka ostatnią minutę. Muszę pozamykać za sobą wszystkie drzwi, żeby nie zostawić niezałatwionych spraw. A ja jedyne co przecież teraz mogę, to wydawać polecenia i podsuwać kolejne sprawunki mojej żonie. Od dwóch miesięcy nie ruszam się z tego cholernego szpitala. Już nawet nie pamiętam, jak pachnie powietrze, kiedy wdycha się je pełną piersią, siedząc na ławce w parku. Te strzępki świeżości wpadające przez uchylane regularnie okno to nie to samo.
I tak, ja leżę tutaj, wydaję polecenia, a Magda je wykonuje. I chociaż oboje wiemy, że tak trzeba, bo „w razie, gdyby…”, zostaną z Piotrem sami, a ich dalsza droga musi być prosta. Nie mogą zostać z niepoukładanym życiem. Przynajmniej tym od strony urzędowej, prawnej, czy technicznej, jak to zwykłem nazywać. Bo na emocjonalną część, wpływu i tak przecież nie będę miał.
Idiota na ścianie wybija dziesiątą rano. Magda siedząca na krześle po mojej lewej stronie, coraz mocniej zaciska swoją pulchną dłoń na mojej wychudzonej, prawie zupełnie pozbawionej mięśni. Zostały mi tylko idealnie przycięte przez nią paznokcie, skóra cienka, jak pergamin i wenflon - mój najlepszy przyjaciel.
Na dziesiątą rano mój lekarz prowadzący zapowiedział rozmowę za nami. Starał się mówić o tej umówionej wizycie w mojej szpitalnej Sali spokojnie, może nawet odrobinę radośnie, że wpadnie, że porozmawiamy sobie chwilkę. Miałem chyba odnieść złudne wrażenie, że to wizyta towarzyska. Ot, wpada do mnie kumpel na krótka pogawędkę. Sala szpitalna to przecież mój nowy dom. Nie uprzedził o czym dokładnie będziemy rozmawiać. To znaczy o czymś, co jest związane z moją chorobą i niekończącym się pobycie w tym cholernym szpitalu, to jasne. Ale konkretów nie podał. Chociaż w zasadzie nie musiał.
Ja już przecież wiem.
Tylko Magda nie dopuszcza „tego” do siebie. Omija tą ostatnią ewentualność szerokim łukiem. Krąży wokół niej myślami i słowami uważając, aby nie zbliżyć się do niej zbyt blisko, nie dotknąć myślami, nie zaprosić tym samym nieopatrznie do naszego życia. Zaraz po zapowiedzianej przez lekarza dzisiejszej wizycie w naszym nowym m1, snuła kolejny już zresztą raz, tysiące planów na wyleczenie mnie. Przytaczała nowe możliwości, które wpadły jej do głowy. Brzmiało to tak, jakby siedząc przy mnie, powtarzała materiał ze studiów. Pomyślałem wtedy, że to skrzywienie zawodowe pielęgniarki chyba, bo co innego? Podejmowała paniczne próby udowodnienie bardziej sobie, niż mnie, że jeszcze mamy jakieś niewykorzystane możliwości, że jeszcze jest jakaś szansa. Nie powiedziałem ani jednego słowa. Nie wyprowadziłem jej z błędu. Nie odebrałem resztek nadziei, których w tamtym momencie chwytała się, jak tonący brzytwy. Nie potrafiłem.
Lekarz wchodzi niepewnie do sali uprzednio pukając delikatnie do drzwi. Wysoki, postawny facet o piwnych, niezwykle inteligentnych oczach. Taki, jakim ja kiedyś byłem. Zawieszony niedbało na szyi stetoskop, kiwa się lekko obijając o szerokie ramiona i tors. Na pierwszy rzut oka widać, jak mój lekarz spędza wolny czas. W siłowni, rzeźbiąc swoją sylwetkę. I słusznie. Też tak kiedyś robiłem.
Wiele rzeczy robiłem.
Kiedyś.
Staje przy łóżku. Duże, dobrze zadbane dłonie, kładzie na metalowej poręczy. Nie siada na wolnym stołku, który stoi w rogu, po prawej stronie. To oznacza tylko jedno - ta rozmowa jest mu wyraźnie nie na rękę. Niewygodna i krępująca. Mówiąc niewybrednym językiem, jakim posługuje się od niedawna, chce wyrzygać nam prosto w zdumione twarze to, co jest do wyrzygania, a potem spieprzyć, jak najszybciej. Zostawić samych z gównianą wiadomością i myślami, które zaraz po otrzymaniu jej przyjdą do głowy. „A więc miałem cholera rację”- myślę, zanim zacznie mówić.
Gada, gada i gada. Jego tubalny głos odbija się od ścian tak, jak moje myśli i lęki, kiedy czarną nocą nie mogę spać ze strachu, że przyjdzie niespodziewanie nie pukając nawet do drzwi. Właściwie to wcale go nie słucham. Przecież wiem do czego zmierza.
Czuję to przez wszystkie dziury w moim pergaminie, bo już nie w porach normalnej skórze przecież.
Wyłapuję jedynie ostatnie zdanie i koduję, jak komputer, przed którym spędzałem kiedyś całe godziny pisząc strony internetowe.
- Nie ma już szans. Przykro mi – mówi na jednym wdechu i nie patrzy nam w oczy, jakby wstydził się tego, co właśnie powiedział.
Dłoń Magdy zaciskająca się na mojej robi się zimna i lepka od potu. Denerwuje się. Spoglądam na nią wzrokiem, który jeszcze przed chwilą wbijałem w twarz lekarza. Chciałem go moimi poważnymi oczami zahipnotyzować chyba, żeby nie wyrzygał na czystą pościel tego gówna, które teraz leży w moich nogach i śmierdzi. Głowa mojej żony spuszczona nisko. Niebieskie oczy zachodzą łzami. Malinowe usta drżą. Tuli ramiona. Mam wrażenie, że z każdą sekundą zapada się w sobie coraz bardziej. Zamiast uścisnąć jej dłoń trochę mocniej, tak na pocieszenie, zamiast powiedzieć coś, cokolwiek, żeby dodać jej otuchy, zaczynam śmiać się jak, jakiś idiota mocno odchylając głowę do tyłu. Panicznie. Może trochę nerwowo.
- Paweł, co ci jest? – Magda pyta zaskoczona. Patrzę na nią ponownie i obserwuję, jak smutek nagle znika z jej twarzy ustępując miejsca wielkiemu zdziwieniu. Dłoń odsuwa się zaskoczona i przylega do dużej piersi. Usta przestają drżeć, a w oczach pojawia się strach i zaskoczenie.
- Mnie? – pytam z trudem panując nad chichotem wyrywającym się ze spierzchniętych ust – Co mi jest? Nic, zupełnie nic. Umieram, kurwa.
Część druga
“Początek końca”
“ Czasami nie chcemy o nic pytać, ale nie ze strachu, że ktoś nas okłamie w żywe oczy. Boimy się usłyszeć szczerą prawdę”
Leżę w pustej sali i wsłuchuję się w odgłosy świata zewnętrznego. Spoza klatki, w której jestem zamknięty wyłania się kakofonia dźwięków. Pielęgniarka, zaraz po wyjściu Magdy, uchyliła okno. Tak, jakby powietrze z zewnątrz miało uleczyć mnie magicznie. Śmieszne. Wdycham głęboko zapach letniego powietrza, drzew, świeżo skoszonej trawy. Tak bardzo chciałbym móc jeszcze raz stanąć o własnych siłach i pójść na długi spacer. Obserwować świat, ludzi i otaczającą nas naturę. Przysiąść na ławce w parku i wdychając ciepło lipcowego powietrza, cieszyć się życiem. Oddychać pełną piersią i śmiać się głośno, aż do rozpuku. Zajadać z Piotrem lody waniliowe w sekrecie przez Magdą, bo przed obiadem. Tylko, że ja już nie mam życia. To, co przeżywam teraz, to początek jego końca. Dla mnie to żadne życie.
Wegetacja.
Powolne umieranie.
Koniec.
Odrywam wzrok od okna, za którym upalny dzień przechodzi w chłodny wieczór i skupiam go na białych drzwiach, zza których dochodzą odgłosy szpitalnego życia. Słychać charakterystyczne piszczenie lekarskich butów o podłogę na korytarzu, kiedy któryś z lekarzy żwawym krokiem przemierza go, spiesząc się zapewne do któregoś z pacjentów. Mnie zostawili już w spokoju. Nie ma powodu zaglądać do sali, w której leży pacjent pozbawiony szans na wyleczenie.
Gdzieś w oddali słyszę płacz dziecka, co przywołuje mi na myśl syna. Widzieliśmy się zaledwie kilka dni temu, a ja tęsknię za nim, jakbym nie widział od co najmniej kilku tygodni. Odkąd trafiłem do szpitala i opuszczam jego murów, Piotrek odwiedza mnie kilka razy w tygodniu. Długo debatowaliśmy z Magdą na temat jego codziennych wizyt w tym cholernym miejscu. Ona obstawała za podporządkowaniem życia rodzinnego do zaistniałej sytuacji i zmuszeniem Piotra do codziennych odwiedzin. Uzbrojony w cierpliwość, której nigdy nie brakowało mi w stosunku do żony i syna przekonywałem, że jej idea jest bezsensowna. Nalegałem na zachowanie normalności oraz schematu, do którego nasz syn był przyzwyczajony. Bądź co bądź to my przekonywaliśmy go do zajęć pozaszkolnych i wspieraliśmy w dokonywaniu wyborów. Teraz, kiedy wreszcie znalazł to, co kocha, nie miałem sumienia mu tego odbierać.
Nie ma sensu, aby przesiadywał tutaj codziennie całymi godzinami - tłumaczyłem spokojnie, łapczywie wdychając powietrze. Pomimo podłączonego na stałe tlenu, oddychanie bywało trudne.
Nie ma sensu? Co też mówisz? - Magda starała się zachowywać spokój, chociaż już na początku rozmowy widziałem jej wzburzenie moją opinią na temat odwiedzin Piotrka, którą wyraźnie uważała za absurdalną. - Jego ojciec leży w szpitalu ciężko chory! To chyba wystarczający powód, aby chwilowo zawiesić naukę gry na perkusji i inne dodatkowe zajęcia? - Jej policzki zaczęły przybierać kolor młodych buraczków i przestrzegały mnie przed burzą, która wybuchnąć mogła w każdej sekundzie.
Stąpałem po niepewnym gruncie i chociaż doskonale o tym wiedziałem, dziarsko brnąłem dalej.
Kochana, pobyt ojca w szpitalu to jeszcze nie koniec świata - kolejny raz głęgoko zaczerpnąłem tchu, wzmocniłem głos, a w myślach przywołałem wszystkie możliwe argumenty “za”. - Piotr odwiedza mnie kilka razy w tygodniu, to wystarczy. Każda wizyta tutaj wiąże się dla niego z ogromnym strachem i stresem. Widzę to w jego oczach, kiedy siedzi przy moim łóżku. Jest smutny, zdołowany. Pozwól mu zachować resztki normalności. To tylko dwunastoletni zagubiony chłopiec.- Spojrzałem na żonę z nadzieją na wygraną i ku mojemu zaskoczeniu zauważyłem odrobinę więcej przekonania wywołanego moimi argumentami.
Nie spodziewałem się, że pójdzie mi tak łatwo. Przygotowany raczej byłem na wtoczenie ciężkich dział i posiłkowanie się umieraniem, na które Piotr powinien patrzeć jak najrzadziej.
Być może masz rację - wyszeptała niepewnie spuszczając wzrok.
Buraczki z jej policzków ustąpiły miejsca świeżym malinom.
***
Teraz, kiedy najtrudniejszą rozmowę z lekarzem mamy za sobą cieszę się, że przeforsowałem pomysł z Piotrem. Inaczej byłby dzisiaj pewnie z nami, co wiązałoby się ze zmuszeniem go do przyswojenia złej wiadomości. Nie tak to zaplanowałem. Chcę powiedzieć mu sam, rozmawiając w jak facet z facetem, w cztery oczy. Mój syn nie musi dowiadywać się o nieuniknionej śmierci ojca od jakiegoś obcego gościa w szpitalnym uniformie.
Płacz dziecka na korytarzu cichnie, a ja moimi myślami płynę od syna, do żony. Zastanawiam się, jak czuje się teraz Magda? Czy zaszyła się w sypialni i płacze skrycie? Czy przybrała na twarz jedną ze swoich masek przygotowanych na ciężkie sytuacje i zgrywa przed Piotrem twardzielkę? Po wyjściu lekarza nie rozmawialiśmy wiele. Panicznie szukałem jakichkolwiek słów pocieszenia, ale mój mózg okazał się całkowicie wyprany z pomysłów na dodanie otuchy kobiecie mojego życia. Nie potrafiłem podnieść Magdy na duchu. Widziałem jak zapada się w sobie, resztkami sił powstrzymując szloch wydzierający się z jej wnętrza. Nerwowo przygryzała wargi, aby ukryć ich drżenie. Pulchne dłonie przycisnęła udami. One, podobnie jak malinowe usta, drżały. A ja nie zrobiłem nic. Nie odezwałem się cholernym słowem. Nie pocieszyłem. Nie zmieniłem tematu śmierci, na jakikolwiek inny, choćby bezsensowny. Zawiodłem kobietę mojego życia.
I chociaż głupio mi przed samym sobą, że zachowałem się wobec niej jak ostatni palant, to gdzieś w głębi cieszę się, że teraz jestem sam. Muszę pomyśleć, zaplanować, rozliczyć się z przeszłością. Ale przede wszystkim, zdobyć się na zadanie najważniejszego pytania gościowi w białym kitlu. Nie chciałem pytać przy żonie. Takie było moje postanowienie, kiedy zacząłem przeczuwać, że mój czas dobiega końca. Chcę wiedzieć, jako pierwszy. Przygotować siebie i ich jakoś…
Przez dłuższą chwilę walczę z myślami i strachem. Przygryzam spierzchnięte wargi, drżącą dłonią raz po raz przeczesuję dawno nie przycinane włosy. Zapytać, nie zapytać? Jeśli zapytać, to kiedy? A jeśli nie zapytać wcale, to dlaczego?
Ostatecznie dochodzę do wniosku, że nie uniknę nieuniknionego, jak widać. Lepiej jest wiedzieć, niż pozostawać w nieświadomości, która zaskoczy mnie kiedyś, jak napastnik czający się w mrocznym zaułku, wyskoczy zza rogu i nie da szans na przygotowanie się na cios ostateczny. Decyduję się w jednej chwili i nie czekając biorę do ręki malutkie prostokątne urządzenie z miękkim szarym przyciskiem pośrodku. Dzwonek. Naciskam zanim zdążę się rozmyślić. Pielęgniarka zjawia się niemal natychmiast. Widzę ten strach w oczach, a potem spadające z niej napięcie, kiedy proszę o rozmowę z lekarzem. Teraz.
Gość w białym kitlu znowu wchodzi niepewnie, przedtem pukając do drzwi. Uśmiecham się blado na jego widok. Podchodzi do łóżka i staje przede mną. Przed chwilę mierzymy się wzrokiem niczym dwoje wojowników stojących po przeciwległych stronach ringu. Obserwuję go uważnie. Już nie jestem taki pewny, czy chcę wiedzieć. Ale jeśli nie teraz, to kiedy? Poza tym muszę jakoś wybrnąć z tej sytuacji. Dodaję sobie otuchy wsłuchując się w bicie wystraszonego serca. Muszę stawić temu czoła, dlatego biorę głęboki oddech i pytam:
Kiedy?
Lekarz patrzy na mnie uważnie trawiąc pytanie, które padło między nami jak pierwszy cios. Jego kontra będzie silniejsza, powali mnie. Czuję to.
W każdej chwili… - odpowiada nadal mnie obserwując. Dłonie swoim zwyczajem zaciska na poręczy. Tym razem ściska ją tak mocno, że bieleją mu kostki. Widać nie tylko dla mnie pytanie jest niewygodne, jak para za małych butów.
Jak? - rzucam.
Nie wiem dokładnie. Mogę tylko przypuszczać - kłamie. Widzę to. Zwyczajnie nie chce powiedzieć mi prawdy o tym, w jaki sposób umrę, jak to będzie wyglądało.
W takim razie jakie są pana przypuszczenia, panie doktorze? - nie daję za wygraną.
Zacznie brakować tlenu. Przez wzgląd na słabo funkcjonujące płuca - urywa nerwowo drapiąc się a prawym uchem. Nie patrzy mi w oczy.
Uduszę się? - upewniam się.
Kiwa tylko głową wiercąc wzrokiem dziurę w tej części pościeli, pod którą skrywają się moje stopy. “Gdyby miał laser w oczach, pewnie ja nie miałbym już stóp.” - myślę głupio i sam dziwię się, że w takim momencie w głowie mi lasery i spalone ludzkie mięso. Przywołuję się do porządku i ponownie skupiam uwagę na rozmowie. Do głowy przychodzi mi jeszcze jedno pytanie. Kiedy je zadam, będę wiedział wszystko.
Dwa miesiące? - targuję się, jakby to od niego zależało.
Max trzy - wypluwa odpowiedź jak wielką gulę, która urosła mu w gardle.
Nie chcę wiedzieć nic więcej. Obliczam szybko w myślach. Dwa, max trzy. Teraz mamy lipiec. Rachunek jest prosty. Jeśli przy dobrych wiatrach wyciągnę limit, to w październiku będzie po wszystkim. Rachuję patrząc w okno, chociaż nadchodzącej nocy nie zauważam, widzę tylko moje myśli i cyfry przepływające w mojej głowie.
Słyszę skrzypienie lekarskich butów o idealnie wyczyszczoną podłogę. Odwracam wzrok w stronę drzwi i widzę tylko jedną nogawkę białych spodni, za którymi się zamknęły. Lekarz uznał najwidoczniej, że najlepiej będzie zostawić mnie teraz samego. Moje oczy zauważają kolejny raz idiotę na ścianie. Tyka teraz jakby głośniej, niż rano.
Tik, tak
Tik, tak.
Ten cholerny dźwięk dudni mi w uszach, odbijał się od ścianek głowy. Zwariować można. Nienawidzę go jeszcze bardziej. Zaciskam pięści z wściekłości narastającej we mnie z każdą sekundą. Przez zaciśnięte zęby warczę:
Oby ci się wszystkie wskazówki powykrzywiały, skurwielu.
Część trzecia
“Ona”
Musiałem przysnąć, bo kiedy po raz kolejny otwieram oczy, otacza mnie mrok. Za oknami jedyne światło należy do przyszpitalnych latarni. Sączy się ciepło i delikatnie przez szyby. Okno jest teraz zamknięte, co daje mi znak, że pielęgniarka musiała tutaj być, kiedy spałem. Ciemność gęstnieje, wdziera się we mnie przez dziury w pergaminie będącym kiedyś zdrową skórą, prawie zdrowego człowieka. Napawa mnie strachem. Mimo panującego ciepła, szczelniej otulam się kołdrą. Ciemność jest zimna i przyprawia mnie o dreszcze. Okno w sali zamykać musiała ta nowa młoda pielęgniarka, ponieważ światło jest zgaszone. Blask bijący od monitorów jest zbyt słaby, aby oświetlić mrok. Nie pali się nawet mała lampeczka tuż przy wezgłowiu łóżka. Nowa nie wie jeszcze, że boję się ciemności, jak małe dziecko. Przerażają mnie najstraszniejsze koszmary. Drżę, bojąc się strachów, które teraz mogłyby zacząć wypełzać spod łóżka i przenikać ściany, przedostając się do mnie z równoległych wymiarów. Walcząc ze strachem notuję w pamięci, aby jutro przypomnieć nowej o absolutnie niezbędnym świetle w mojej sali. Może kiedy wyjawię jej sekret o moim powolnym, a właściwie coraz szybszym, umieraniu zrozumie bez zbędnych tłumaczeń.
Ciszę tnął jak brzytwa odgłosy pracujący maszyn. To moi strażnicy. Strażnicy Śmierci.
Piibip
Piibip
Piibip
Wyostrzonymi zmysłami, napiętymi jak postronki, łowię nie tylko odgłosy, ale i zapach. Cała sala przesiąknięta jest smrodem mojego strachu, paniki, śmierci. Gdyby odgrywał główna rolę w jakimś komiksie, wokół mnie rysownik namalowałby zieloną mgiełkę.
Rozglądam się przestraszonym wzrokiem po sali w poszukiwaniu obcych cieni, jednocześnie drżącą dłonią szukając pod kołdrą pilota z magicznym przyciskiem wzywającym pomoc. Nie wygram ze strachem. Mrok gęstnieje jeszcze bardziej. Teraz jest czarnym budyniem. Zapach, który zapewne czuje tylko ja, wyostrza się. Moja panika zaczyna cuchnąć.
A jeśli Ona przyjdzie zanim zdążą usłyszeć dzwonek? Przetopi się przez ścianę i przybierając postać potwora z najstraszniejszego horroru, zaśmieje się drwiąco, a potem skróci moje max trzy miesiące do kilku sekund? W moich wyobrażeniach jest wysoka, trupioblada. Obszerny kaptur czarnej szaty zakrywa twarz. I chociaż nie widzę jej dokładnie to wiem, jak wygląda. Oczodoły świecą pustką. Przerażającą czernią. Wystające kości policzkowe powleczone popękaną, szarą skórą i koścista dłoń zaciska się na obszernym rękawie. Drugą wyciąga w moją stronę… Palcem wskazującym wbija się w powietrze dzielące je od niej, tnie niczym najostrzejszy nóż i szepcze: “Mam cię…”.
Wreszcie udaje mi się odszukać pilot i ostatkami sił wcisnąć przycisk. Ze strachu przez obejmującym mnie zimnymi łapskami mrokiem, moje palce kostnieją co dodatkowo utrudnia poruszanie nimi. Teraz pozostaje tylko oddychać w miarę spokojnie i czekać w nadziei na szybką pomoc.
Po chwili drzwi do sali uchylają się lekko i zauważam zaciekawioną twarz Nowej. Wraz z nią do sali wlewają się hektolitry przyjaznego światła z korytarza ratując mnie przed całkowitym wchłonięciem przez mrok. Oczami wyobraźni widzę potwory i Ją uciekające przed zbawiennym światłem, kryjące się na powrót pod łóżkiem, przenikające ściany w powrocie do równoległego, przerażającego świata.
Czy coś się stało, panie Pawle? - pyta Nowa przyjaźnie - Mogę jakoś pomóc?
Światło… - szepczę drżącym głosem - Światło było zgaszone - z trudem łapię oddech.
Nowa jest wyraźnie zaskoczona i mam wrażenie z trudem panuje nad śmiechem. Już, już rozchyla usta chcąc odpowiedzieć, kiedy za jej plecami pojawia się pani Agatka. Niska, krępa kobietka o rumianych policzkach, energicznych ruchach i promiennym uśmiechu staje obok Nowej i patrząc na nią poważnie, pyta biorąc się pod boki:
Co się tutaj dzieje? Co się stało? - Nowa nie odpowiada i to ja staje się więc w mgnieniu oka obiektem przesłuchać pani Agatki.- Co jest panie Pawle? - marszczy brwi.
Światło, pani Agatko, światło było zgaszone. Obudziłem się, a tutaj ciemność... - urywam zawstydzony strachem, którego nie potrafię opanować.
Justyna, żebyś mi zapamiętała raz na zawsze, w sali pana Pawła zawsze ma się palić światło. Ile razy powtarzać można? - pielęgniarka kipi złością. Nowa nie jest najwidoczniej zbyt pojętną uczennicą.
Przepraszam - odburkuje, po czym odwraca się na pięcie i wychodzi pospiesznie wyraźnie zawstydzona.
Najmocniej przepraszam, panie Pawle. To się więcej nie powtórzy, już ja tego dopilnuję. Ci młodzi… sam pan rozumie. Tysiąc razy powtarzać człowiek może o najważniejszych sprawach, a oni i tak - głowa w chmurach, a myśli cholera wie gdzie krążą, zamiast w pracy być - rumiane policzki pani Agatki nie są już rumiane a bordowe jak najsłodsze wino. Kilkoma sprawnymi ruchami wygładza pościel i moje poduszki. - Coś jeszcze panie Pawle? - pyta zatroskana.
Dziękuję - uśmiecham się z wdzięcznością. Pani Agata odwzajemnia uśmiech, po czym oddala się raźnym krokiem, zamykając za sobą drzwi.
Znowu zostaję sam. Ja, moje lęki, myśli kłębiące się w głowie i czas, którego z każdą mijającą sekundą mam coraz mniej.
***
Miewam bardzo różnorodne sny. Czasami wracają do mnie wydarzenia sprzed lat, albo te sprzed kilku tygodni. W ten sposób wspominam i przeżywam moje życie ponownie. Najgorsze są te o przebytych operacjach. Momenty, kiedy czepiałem się każdego rozwiązania podsuwanego przez lekarzy, bo to dawało nadzieję, że jeszcze nie koniec; że jeszcze nie teraz.
Zapalona lampka dodaje mi otuchy, dlatego przymykam zmęczone oczy i ignorując stachy czające się w podświadomości, zasypiam. Dzisiejszej nocy wracam do początków mojej historii.
Cofam się w czasie o dwadzieścia lat.
Część czwarta
“Wspomnienia”
Mam czworo rodzeństwa. Trzech braci i siostrę. Jestem z nich wszystkich najmłodszy i dlatego w dzieciństwie zawsze najbardziej dostawałem w kość. Czasami robiłem za sługę, pod groźba solidnego lania wyręczając braci w sprzątaniu ich pokoi lub zmywaniu naczyń po obiedzie. Skrywałem ich największe sekrety, również pod groźba solidnego lania.
Spróbuj powiedzieć matce, że paliłem a wiesz co będzie... - straszył Marcin, gdy nakryłem go kiedyś na popalaniu podkradzionych od mamy fajek za szopą w naszym ogrodzie.
Wiedziałem co będzie, dlatego milczałem. Nie byłem jednak głupi. Zbierałem skrzętnie wszystkie “haki” na nich dostarczane przez nieuwagę. Czekałem tylko na odpowiedni moment, kiedy będę mógł je wykorzystać. Ten moment jednak nigdy nie nadszedł. Nie potrafiłem wyjawić tajemnic nawet wtedy, gdy byliśmy już dorośli i nie dosięgała nas kara rodziców. I tak pozostawiłem dla siebie popalanie maminych fajek, obściskiwanie się z chłopakiem na rogu ulicy, picie piwa na ławce w parku i wiele, wiele innych.
Wszyscy skończyliśmy medycynę. Jest wśród nas kardiolog, chirurg, ortopeda i pediatra. Tylko ja jestem nędznym dentyściną - jak mnie lubili przeżywać. Podczas gdy moje rodzeństwo chciało naprawiać zepsute ludzkie serca, składać połamane kości, przywoływać do życia niedomagające kończyny i ratować biedne, przedwcześnie doświadczone przez los dzieciaki, ja postanowiłem naprawiać ludzkie uśmiechy. Nie wiem skąd ten pomysł. Pomyślałem sobie kiedyś “A ja będę dentystą” i tak zostało. Ignorując złośliwe przytyki rodzeństwa wyuczyłem się zawodu, obroniłem dyplom i w czasie kiedy oni już pracowali, szczycąc się swoimi specjalizacjami, ja wkraczałem dopiero do świata zarabiających medyków, otwierając własną praktykę dentystyczną.
Zaciągnąłem na poczet tego horrendalny kredyt, ale o tym wolałem nie myśleć ani rozpoczynając karierę, ani później, kiedy wszystko pękło jak bańka mydlana. Początkowo moja praktyka prosperowała znakomicie. Miałem więcej ludzkich uśmiechów do naprawienia, niż można się było spodziewać. Cudem wyrabiałem się z robotą. I chociaż nie dosypiałem, nie dojadałem, żywiłem się głównie kawą i fajkami, to byłem szczęśliwy. Biznes się kręcił, pacjentów przybywało, kredyt spłacał się w zasadzie sam. Miałem też szczęśliwe, jak mi się wtedy wydawało, życie osobiste. Od kilku lat spotykałem się z Aśką, seksbombą z naszego roku. Czego można było chcieć więcej? Wysoka czarnowłosa piękność, której pozazdrościli mi wszyscy koledzy na roku, wyznawała mi miłość i okazywała wsparcie do momentu, kiedy moim życiem porządnie nie tąpnęło. Ale o tym, jaka naprawdę była, miałem dowiedzieć się dopiero później, kiedy zniknęła i ona i moja praktyka.
Przez dwa lata urabiałem sobie ręce po łokcie. Aśka była moją asystentką. Na początku bóle brzucha były niezauważalne. Ot, czasami coś mnie gdzieś pobolewało. Z czasem stały się jednak silniejsze. Ale ignorowałem je pędząc w wyścigu szczurów. Nie mogłem pozwolić sobie na chorobę. Walczyłem przecież o utrzymanie się na rynku. Jakiś tam ból brzucha nie mógł przeszkodzić mi w odniesieniu wielkiego sukcesu. I tak, on bolał, a ja go ignorowałem. Do czasu. Bo przecież wszystko w życiu jest do czasu. Szybciej niżbym chciał, delikatny,a potem mniej znośny ból, przerodził się w nieznośne kłucia i skurcze powalające mnie na kolana między jednym a drugim pacjentem.
Dzisiaj potrafię przyznać się do tego, że nie poszedłem do lekarza, gdy mi doradzano, bo bałem się tego co mogę usłyszeć. Los zachichotał mi prosto w twarz, kiedy pewnego dnia okazało się, że obok nędznego dentyściny, zostałem nominowany (wbrew mojej woli!), na jednego nieszczęśnika mającego podzielić los mojej matki.
Zanim to się jednak stało, zawyłem z bólu jak zarzynane zwierzę ostatni raz. Zimowe słońce wpadało do gabinetu pomiędzy podłużnymi roletami. Na fotelu miałem pacjentkę w podeszłym wieku. Tego dnia zakończyliśmy leczenie kanałowe górnej jedynki. Ręce trzęsły mi się, jak w delirce alkoholowej, a ja przecież prawie w ogóle nie tykałem napoi wysokoprocentowych. Ból rozchodził się po brzuchu paskudnymi kłuciami. Pot ściekał po twarzy.
Już kończymy, już za chwilę - pocieszałem bardziej chyba siebie, niż pacjentkę, która z niepokojem patrzyła na mnie marszcząc krzaczaste brwi.
Panie doktorze, czy pan się dobrze czuje? - zapytała głosem pełnym troski, kiedy przerwałem na chwilę leczenie. - Możemy skończyć innym razem.
Ależ nie ma takiej potrzeby - odparłem pocieszająco. I znowu, bardziej do siebie, niż do niej. - Jeszcze kilka chwil i kończymy.
Ostatnie minuty wydawały mi się najgorsze w życiu. Gdybym wtedy wiedział, co czeka mnie za dwadzieścia lat, kiedy prześcigać się będę za śmiercią wyszarpując jej z mojego życia tyle ile się tylko da, zapewne pomyślałbym o tamtym bólu “Pikuś”. Nie wiedziałem jednak, i gdy tylko skończyłem ten cholerny ząb, a pacjentka dziękując szczerze zamknęła za sobą drzwi, zawyłem z bólu jak pies i padłem na kolana. Aśka płakała klęcząc obok.
Prosiłam, przecież prosiłam, idź do lekarza. - łkała.
Chciałem, jak jasna cholera, chciałem odpowiedzieć, że tym razem pójdę. Rozrywało mnie od środka. Piła motorowa cięła wszystkie wnętrzności. Odebrało mi oddech. Pot ściekał strumieniami po bladej twarzy, a przed oczami miałem tylko mrok. Dopiero kiedy pierwsza fala minęła, leżąc już teraz na zimnej podłodze, wyszeptałem ostatkiem sił:
Umów mnie do jakiegoś lekarza. Tym razem pójdę.
I czy to nie zabawne? A może okrutne? Kiedy nie chciałem spotkać się z lekarzem, ból dało się jakoś znieść. Na chwilę nawet o nim zapomnieć. A kiedy poddałem się i całkowicie zdecydowany zgodziłem odbębnić tą cholerną wizytę, to nie dano mi szansy. Zupełnie tak, jakby ktoś na górze pociągał za sznureczki i sterował moim życiem, kierując się jedynie własną wolą.
Chcesz do lekarza? Boli za bardzo? Nie wytrzymasz więcej? No to teraz nie pójdziesz! - i chichot losu rozbrzmiewający echem w moich snach.
Na umówioną wizytę rzeczywiscie nie poszedłem. Zamiast tego, trafiłem do szpitala. Prosto pod nóż. Dopiero, gdy po kilku miesiącach obudziłem się ze śpiączki farmakologicznej dowiedziałem się, że choroba Leśniowskiego-Crohna odebrała mi wszystko. Zeżarła mi, bladź jedna, wnętrzności i brzuch. Ze zdrowego mężczyzny, starłem się człowiekiem bez pępka. Lekarze usunęli mi wielki płat zgniłej tkanki tłuszczowej razem ze skórą i właśnie pępkiem. Powoli wracałem do siebie. Zdrowiałem, choć czułem, że życie nie będzie już takie, jak dawniej. Dokładałem wszelkich starań, aby dźwignąć się z upadku. Udawałem, że wszystko jest dobrze, że jakoś to będzie. Nawet fakt, iż Aśka odwróciła się ode mnie na pięcie i przerażona chorobą spieprzyła, gdzie pieprz rośnie, nie przeszkadzał mi odgrywania nowej roli powierzonej przez los.
Dwadzieścia pięć lat. Udało mi się oszukać Ją o ćwierć wieku. Uciekałem przeznaczeniu najszybciej, jak tylko potrafiłem. Biegłem ile tchu w piersiach. Nie poddawałem się nawet wtedy, gdy w ciągu tego czasu lekarze kilkukrotnie rozkładali bezradnie ręce. Oni informowali przyciszonymi głosami, że kończą się możliwości leczenia mnie, a ja podnosiłem wysoko głowę i dumnie oznajmiałem im, że do piachu nie pójdę. Myślę, że Opatrzność nade mną czuwała. Bóg chyba jednak istnieje. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, iż udało mi się przeżyć tak długo? Założyłem rodzinę, spłodziłem syna. Owszem, przechodziłem remisje i ponowne powroty do względnie dobrej normalności, ale nie było przecież aż tak źle. Byliśmy, mimo wszystko szczęśliwi. Aż do tego roku wierzyłem, że tak już zostanie, że może kolejna remisja nigdy nie nastąpi, że najgorsze za nami. Modliłem się o możliwość uczestniczenia w dorastaniu Piotra i obserwowaniu, jak mój syn wkracza w dorosłe życie. Los karmił mnie najwspanialszym posiłkiem - nadzieją, że się uda.
Do teraz.
Część piąta
“Koniec”
***
Kolejne tygodnie mijają mi na leczeniu odleżyn, wspominkach i dyktowaniu Magdzie kolejnych sprawunków. Testament, przepisanie majątku. Tyle spraw musimy dopilnować zanim już zostaną sami. O dziwo, moja żona wykonuje wszelkie polecenia bez sprzeciwu, bez narzekania. Stają się swoista siłą napędową. Może kiedy zajmuje się sprawami urzędowymi i biega pomiędzy światem zewnętrznym a szpitalem, nie ma czasu na myślenie? Może w ten sposób skutecznie udaje je się odpychać od siebie to, o czym rozmyślać nie chce?
W połowie sierpnia wszystkie sprawy mamy uregulowane. Łącznie z moim pogrzebem. Cholera, jak to okropnie brzmi - planuję swój własny pochówek. Gdy o tym rozmawiamy trzymam się, nie łamię. Płaczę dopiero, gdy Magda zamyka za sobą drzwi i wraca do domu. Wiem, że i ona ledwie wytrzymała tą rozmowę. Widziałem w jej oczach, że ma dosyć, że to dla niej za dużo. Wiem też, że zanim wsiadła do samochodu, siedziałam na ławce pod szpitalem i płakała. Zapomniała, żę ta ławka znajduje sie tuż oknem mojego m1. Słyszałem jej głośny szloch, urywane oddechy pomiędzy jednym a drugim. Serce mi pękało, zaciskałem pięści, przygryzałem policzki, łzy płynęły po moich pergaminowych policzkach wartkim strumieniem.
Jako że techniczna część życia, właściwie koniec mojego, jest już uregulowana, rozpoczynam pertraktacje z lekarzem. Chcę wrócić do domu. Jeśli umierać, to tylko w swoim łóżku. Otoczony przedmiotami, które znam, wdychając zapachy, które uspokajają mnie, relaksują.
Chcę wracać do domu - zaczynam, gdy mężczyzna staje przede mną i uważnie obserwuje każdą moja reakcję.
Panie Pawle, to niezwykle ryzykowne. Przetransportowanie pana do domu, do miasta oddalonego od szpitala o pięćdziesiąt kilometrów, to w tym przypadku niemal wyprawa na Kilimandżaro. Obawiam się, że może okazać się niemożliwe. - Wzdycha ciężko i kręci głową przecząco.
Chyba mam prawo wybrać, gdzie umrę? - Wytaczam ciężkie działa. Biorę go na litość.
Po wyrazie twarzy, który natychmiast się zmienia, upewniam się, że udało się. Wrócę do domu! Umrę sobie spokojnie, w swoim łóżku.
Dziękuje, panie doktorze - nie czekam na odpowiedź. Uśmiecham się szeroko.
Zobaczę co da się zrobić. - Mężczyzna daje za wygraną i szybko wychodzi z sali.
Dwa tygodnie później cały zastęp lekarzy pakuje mnie, butle z tlenem i przeróżne aparaty do karetki. Ruszamy. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że to moja ostatnia podróż samochodem. Oglądam świat za oknem - piękna jesień. Drzewa przyozdobione żółtymi, pomarańczowymi i czerwonymi liśćmi, wyglądają uroczo. To ostatnia jesień w moim życiu.
Pojedyncza łza spływa po wychudzonym policzku i ginie w gąszczu od tygodnia nieogolonego zarostu.
Nie ma to jak w domu - mówię, gdy lekarze zamykają za sobą drzwi i wreszcie zostajemy sami.
Oddychanie przysparza mi wiele trudności. Chwilami nie pomaga nawet butla z tlenem. Czuję się wykończony całą ta eskapadą i zamieszaniem wokół mojej osoby. Magda patrzy na mnie smutnymi oczami i uśmiecha się blado. Piotr przysiada na sofie, z zakłopotaniem patrzy to na mnie to na matkę. Co ja mam mu powiedzieć? Jak zacząć tą kurewsko trudną rozmowę? Jak mam wyjaśnić dziecku, że umieram, że moje dni są policzone? Kończę się…
Piotrusiu - zaczynam. Gula w gardle rośnie niebezpiecznie. Odchrząkuję. - Chciałbym z tobą porozmawiać. Wróciłem do domu, ponieważ…
Ja wiem, tato - przerywa mi. Oddycham z ulgą i jednocześnie czuję w sercu nieopisany ciężar. Kurwa mać, czemu to spotyka akurat nas!
Wieczorem włączamy telewizor. Nikomu jakoś nie chce się rozmawiać. Nie znajdujemy odpowiednich słów, aby zagadać czający się w nas smutek. Pierwsze świąteczne reklamy w tym cholernym czarnym pudle, przyprawiają mnie o dreszcze.
O czym myślisz - zaczyna Magda nieśmiało, gdy Piotr udaje się pod prysznic i zostajemy sami.
Dla mnie nie ma już Świąt, Magda. Nie ma Sylwestra, świętowania Nowego Roku i żelaznych postanowień na następny. Kończą się moje i nasze plany, marzenia i pragnienia. Ja się kończę, Magda.
Potem jest tylko cichy szloch, przeradzający się w niekontrolowany wybuch głośnego łkania.
Życie tak szybko się kończy. Szybciej niż byśmy chcieli. Szybciej niż planowaliśmy. Na ten moment nie jesteśmy się w stanie przygotować. Zawsze przecież pozostaje coś jeszcze do zrobienia, do załatwienia. Zawsze pozostają słowa, które chcielibyśmy jeszcze wypowiedzieć, zwierzenie, którym pragnęlibyśmy się powiedzieć. Uczucia, o których czujemy się w potrzebie zapewnić.
Zostają tylko wspomnienia, obrazy minionego szczęśliwego życia i łzy, które wywołane tęsknotą, nigdy nie przestają płynąć.




Komentarze