"Zachodnia Pomarańcza"
- ksiazkowepasje
- 27 cze 2025
- 11 minut(y) czytania
Na przedmieściach betonowej dżungli, w kraju za rozległą wodą, do którego dostępu bronił zielony posąg kobiety z pochodnią, mieściło się osiedle domów jednorodzinnych zwane Zachodnią Pomarańczą.
To tutaj dla większości mieszkańców spełniał się amerykański sen o beztroskim życiu, którego poziom szczęśliwości wyznaczała grubość pliku zielonych banknotów w (koniecznie!) skórzanym portfelu, ilość i marki samochodów zaparkowanych na podjeździe, a także wielkość domu, jego piękno zewnętrzne oraz wnętrze nieodbiegające standardem od zdjęć umieszczanych w najlepszych magazynach prezentujących aranżacje tylko z wysokich półek.
Wszystkie domy Zachodniej Pomarańczy były niemal identyczne — śnieżnobiałe dachówki, szare kamienne ściany, białe okiennice, równiutko, co do milimetra przystrzyżone trawniki. Masywne drzwi wejściowe o złotych klamkach lub równie zachwycających wysoką jakością kołatkach, zapraszały gości napisami na wycieraczkach (niezmiennie czystych, niezależnie od pór roku, jakby deszcz, błoto i śnieg magicznie je omijały) głoszących: „Witaj w naszym szczęśliwym domu!". Nawet najmniej optymistyczny przechodzień nie mógł więc zwątpić w szczęście mieszkających tu ludzi. Nie sposób jest przecież nie czuć się szczęśliwym, mieszkając na idealnym osiedlu, w idealnym, drogim (bezsprzecznie) domu o idealnie wypielęgnowanym trawniku. Człowiek wsiadający każdego dnia do drogiego samochodu musiał wręcz odczuwać bezbrzeżne szczęście i radość niezmiennie wypełniającą serce.
Wśród zaprojektowanym w pocie czoła idealnym pięknie Zachodniej Pomarańczy, wyjątek stanowił zielony domek na końcu ulicy. Jego okiennice nie były białe, a brązowe. Ściany nie kamienne, a drewniane. Największą ozdobę zielonego domku stanowiła drewniana weranda kolorem komponująca się z okiennicami. Na podjeździe stał dobry, choć nie najdroższy samochód terenowy. Drzwi (wcale nie masywne) pozbawione złotej drogiej klamki, podobnej do klamek sąsiadów z zadartymi nosami, nie zapraszały do środka idealnie czystą wycieraczką o krzykliwym (niekoniecznie prawdziwym) napisie. Drzwi te były proste, zwyczajne. U ich progu jesienią zawsze można było napotkać zbłąkany czerwony liść lub krople deszczu i błoto, zimą płatki śniegu, a latem tańczące promienie słońca.
Nic w zielonym domku nie było doskonałe — schody skrzypiały zbyt głośno, z kranu w kuchni wciąż kapała woda, a okno w jednej z sypialni na poddaszu nigdy się dobrze nie domykało. Choćby nie wiadomo ile razy w ciągu roku fachowiec o imieniu Robert, próbował je naprawić, okno zdawało się żyć własnym życiem i na przekór wszystkiemu otwierało się wpuszczając do zielonego domku dźwięki i zapachy świata zewnętrznego. Stąd właściciel wiedział, w które dni tygodnia obrzydliwie bogata pani Johnson spożywa na kolację szparagi, zielone curry lub pieczoną wołowinę; kiedy panna Robertson udaje się na zakupy, rozsiewając wokół woń Chanel 5 i kiedy dzieci Andersonów spod numeru 11205 dają upust dziecięcym emocjom, zaśmiewając się do rozpuku.
Nikt nie wiedział jak doszło do tego, że w hermetycznie zamkniętym, idealnym świecie Zachodniej Pomarańczy znalazł się nieidealny zielony domek. Nie wiedział tego ani szykowny pan z biura nieruchomości sprzedający go nowemu właścicielowi, ani najdłużej mieszkający tutaj bogacze. No, może z wyjątkiem pani Johnson, bo ona wiedziała dosłownie wszystko (a przynajmniej myślała, że wie), ale nigdy nikomu o tym nie powiedziała. Pomarszczona staruszka Johnson pałała niechęcią do wszystkich ludzi na świecie, a w szczególności do właściciela zielonego domku, który kupując nieruchomość, ośmielił się przedłużyć jej żywotność i sprawić, iż nie idealność Zachodniej Pomarańczy trwała w najlepsze.
Pewnego nie idealnego dnia - zima szalała w najlepsze, mróz bezlitośnie szczypał w nos, a niewiarygodnie silne podmuchy wiatru rozwiewały czarną czuprynę mężczyzny, jadącego na spotkanie z przedstawicielem biura nieruchomości - zielony (nie idealny) domek stał się własnością nie idealnego pana Mirosława. Choć nie doskonali, zarówno dom, jak i jego nowy właściciel, byli prawdziwi.
Nic nie jest przecież idealne, choć na nieskazitelne może być usilnie kreowane. Ludzie, nawet ci, którzy z całych sił się starają, mają swoje wady. Pogoda, choć czasem chciałoby się od niej czegoś innego, bywa kapryśna i krzyżuje weekendowe plany. Domy, wbrew woli ich właścicieli, marzących o spełnieniu idealnego, amerykańskiego snu, zaskakują mankamentami — podłogi trzeszczą, schody skrzypią, niektóre drzwi trzaskają zbyt głośno, a krany płaczą nocą zimnymi kropelkami wody.
Tak więc zielony domek wyposażony w kapiący kran, skrzypiące schody i niedomykające się okno i pan Mirosław, pełen wad, jak to człowiek, w pewien zimowy dzień stali się nierozłączni, połączeni węzłem Właściciel-Nieruchomość, przypieczętowanym zamaszystym podpisem pana Kowalskiego na akcie własności i umowie kupna-sprzedaży.
Po podpisaniu owej umowy szczerze uradowany pan Mirosław, zbiegł po schodach werandy, udekorowanej śnieżynkami, zatrzymując się z impetem przed ubłoconym samochodem, zaklaskał głośno w czerwone od mrozu dłonie, zaśmiał się raźnie, podskoczył wysoko, dając upust pozytywnym emocjom rozpierającym jego wnętrze, po czym wziął się pod boki i westchnął głośno. Jeszcze raz spojrzał prosto w oczy zielonego domku i wyszeptał:
- Może i jesteś najbrzydszy na ulicy, ale dla mnie jakże piękny, jaki urokliwy. Czuję, że dobrze nam będzie razem – zapewnił zielone ściany, jakby nieruchomość mogła zrozumieć co do niej mówi, po czym usadowił się wygodnie na miejscu kierowcy i odjechał z piskiem opon, aby najszybciej, jak to możliwe rozpocząć przygotowania do przeprowadzki.
Sztorm szalał całą noc, gdy pan Mirosław zaklejał ostatnie kartony i przechadzał się wolnym krokiem po już nie swoim apartamencie w betonowej dżungli. Nikt ze znajomych i rodziny nie rozumiał, dlaczego zamienia piękne, wygodne mieszkanie w centrum miasta, na zieloną szkaradę, tak bardzo różniącą się od posiadłości z amerykańskich snów.
- Mirek, czyś ty zwariował? – Zagrzmiał jego kolega, gdy pan Mirosław dumnie oznajmił, iż właśnie, pierwszy raz w życiu stał się właścicielem domu na przedmieściach, podtykając Kazikowi pod nos zdjęcie swojej zielonej piękności. – Szkaradny! To już lepiej było w dżungli zostać, niż pchać się w tego odmieńca. Ja wiem przecież jakie domy w Zielonej Pomarańczy pobudowali!
- A czego, ty, Kazik, chcesz od mojego domu? W czym on gorszy od innych? – Zapytał Mirosław w delikatnym oburzeniem w głosie.
- On nie gorszy, a nadający się do wyburzenia. To po to tyle lat pracujesz, żeby teraz apartament na zieloną szkaradę zamienić? – Oburzenie Kazimierza sięgało zenitu.
W odpowiedzi Mirosław wzruszył jedynie ramionami, prychnął cichutko i wrócił do przerwanej pracy. Podczas gdy nikt jego wyboru nie rozumiał i nie pochwalał, Mirosław w głębi serca czuł, że oto jego życie zmieni się na lepsze, a wraz z przekroczeniem progu zielonego domku na zawsze, odnajdzie dawno upragnione szczęście.
Na samo wspomnienie rozmowy z Kazimierzem, ramiona pana Mirosława powędrowały delikatnie ku górze. „Cóż w tym dziwnego, że człowiek pragnie mieć zielony domek i czuć się w nim szczęśliwiej niż w betonowych czterech ścianach otoczonych hałaśliwymi ulicami?”, zapytał sam siebie i wyjrzał przez okno. Nawet świat szczelnie okryty grubą białą kołdrą nie zepsuł mu humoru. Na samą myśl o tym, że już jutro ostatni raz zamknie za sobą ciężkie drzwi mieszkania, które od zawsze uwierało go niczym za mały but, czuł przyjemne podniecenie.
Dużym i chyba jedynym plusem mieszkania na Zachodniej Pomarańczy był fakt, iż w przeciwieństwie do innych podmiejskich ulic, te tutaj nie już o świcie zostały dokładnie uprzątnięte z białej kołdry i dobrze przejezdne. Pan Mirosław pogwizdywał cicho, podśpiewywał pod nosem i bębnił do taktu palcami o kierownicę, jadąc ku nowej przygodzie. Przekonany o szczęśliwym życiu w zielonym domku, nie dopuszczał ani na chwilę myśli, że może ono zostać czymś zmącone. Samotnością, na przykład. Bo o ile również w betonowym apartamencie czasami ją odczuwał, o tyle w domu, na większej powierzchni, zamierzała się ona rozgościć na dobre i zmieniać pokoje, niczym rękawiczki. Samotność niewidzialna usadowiła się teraz wygodnie na tylnym siedzeniu i podążała ku nowej przygodzie razem z Mirosławem. Postanowiła zadomowić się we wszystkich pustych sypialniach, w przestronnej kuchni z kapiącym zlewem i pokoju dziennym z kominkiem. Mężczyzna o jej uporczywości miał się jednak dopiero dowiedzieć. Jak również o tym, że nieświadomy drzemiącej w nim siły, przegoni cholerę szybko i skutecznie.
Mirosław nie był człowiekiem idealnym jak mieszkańcy Zachodniej Pomarańczy. Nigdy nie przywdziewał maski na zmęczoną twarz. Był tym kim był. Był sobą. Tak więc, podczas gdy sąsiedzi wydawali się zawsze, niezmiennie radośni, Mirosław miewał muchy w nosie, chodził naburmuszony, gdy sarny zjadały mu posadzone w pocie czoła krzewy lub gdy przez żyjące własnym życiem okno w sypialni kolejny raz nabawił się przeziębienia, a w jego głowie dudniło przez stado słoni. Innym razem rozgniewał się okropnie, gdy zapomniał posypać schody solą, a rano zbiegając po nich w pośpiechu, wylądował z hukiem na czterech literach i potłukł się boleśnie. Bywał radosny, gdy w duszy mu grało, a wtedy pragnął zarazić otaczających do ludzi równie wielką radością – rozśmieszał kolegów w pracy, znajomych i przyjaciół. Żartami sypał jak z rękawa i dla każdego znajdował słowo pocieszenia lub dobrą radę. Okazywał radość, gdy było mu wesoło i smutek, gdy było mu smutno. Śmiał się i złościł, zachowywał powagę, gdy sytuacja tego wymagała. Innymi słowy – Mirosław nigdy nie był sztuczny jak jego sąsiedzi.
Było coś jeszcze do mężczyznę z zielonego domku odróżniało od zadufanych w sobie, zagonionych w wyścigu po narysowane szczęście Zachodniej Pomarańczy i betonowej dżungli – wielkie serce. Serce z miejscem wolnym, dotąd niezamieszkanym. Przestrzenią na miłość, ale nie taką wymyśloną, podpatrzoną na ekranie wielocalowych telewizorów, na zdjęciach drogich magazynów. Nie na uczucie otoczone marmurem, atłasem i kryształem, pachnąca drogimi perfumami, a na miłość zwyczajną, prawdziwą i szczerą. Pełną wzlotów i upadków. Kłótni i niegroźnych sprzeczek, ostrej wymiany zdań i dąsów. Na miłość wypełnioną wspólnym gotowaniem, wybieraniem najbardziej dojrzałych pomarańczy w zatłoczonym supermarkecie i spacerami o zachodzie słońca. Romantyczną, zadowolona z życia, nieubraną w iluzje i jakieś sztuczności. Serce Mirosława czekało na miłość zwyczajną, prostą, szczerą.
Tymczasem w zielonym domku samotność zadomowiła się na dobre. Mówiła do Mirosława szeptem w ciemną noc, gdy nie mógł zasnąć. Tupała głośno, rozzłoszczona, gdy nie chciał słuchać, a jej monologi zagłuszał podśpiewywaniem, lub gdy leżał w zbyt dużym, pustym łóżku, przyciskając mocno poduszkę do wyczulonych na najmniejszy szept uszu.
Głowił się Mirosław długo, jak temu zaradzić. Co zrobić, by eksmitować samotność i zatrzasnąć za nią drzwi raz na zawsze? Wszak, cóż to za życie, jeśli radości i smutków nie ma się z kim podzielić? Kiedy nikt w domu nie czeka z kubkiem ciepłej herbaty w mroźny wieczór? Snuł się niczym cień w wolne od pracy dni i szukał rozwiązania. Należałoby znaleźć sobie jakąś partnerkę. Ale gdzie? Jak? Przecież kobiety wolne nie rosną na drzewach, nie można tak po prostu pójść do sadu i zerwać jedną, najbardziej tobie odpowiadającą. Zrezygnowany, poddał się. Przekonany, iż musi się ze swoją samotnością zaprzyjaźnić, przestał rozmyślać nad rozwiązanie. Usiadł odarty z nadziei w wysłużonym fotelu i zapatrzył na radośnie trzaskający ogień w kominku.
- Będę sam, trudno. Może czytaniem tę pustkę we mnie wypełnię? – Wyszeptał w przestrzeń. – Z tym jednym, sam sobie nie poradzę.
- A od czego masz mnie? – szepnął Los w odpowiedzi, której Mirosław nie mógł słyszeć. – Ja ci pomogę. – Uśmiechnął się przyjaźnie i natychmiast zabrał do pracy.
Mirosław, w przekonaniu dobrego Losu, był zbyt dobrym człowiekiem, by życie w zielonym domku przeżyć w samotności, zadręczając się i smucąc coraz bardziej i bardziej. Dobrych ludzi zawsze spotykają dobre rzeczy, a szczerość serca wynagradzana jest serdecznością innych. Ci, którzy dobrocią się w życiu kierują, zasługują na miłość, o której marzył skrycie Mirosław.
Na skutki poczynań Losu, nie trzeba było długo czekać. Już kilka tygodni później, Mirosław spotkał na zatłoczonej ulicy w betonowej dżungli znajomą z dawnych lat. Początkowo myślał, że wzrok mu szwankuje i natychmiast powinien udać się do najlepszego w mieście okulisty. Ona, tutaj? Jak to się stało? Dwadzieścia lat temu wyjechał z kraju i od tamtego czasu się nie widzieli. Wspominał ją kiedyś, zastanawiał się, jak potoczyły się losy młodej dziewczyny o zawadiackim spojrzeniu, podpytywał nawet znajomych z ich miasta, czy nikt nic o niej nie słyszał. A gdy wieści nie zdobył, zapomniał o Karolinie, z którą wspinał się na najwyższe drzewa i kradł jabłka z sadu sąsiada. I oto, po tylu latach, szła w jego stronę, głęboko czymś zamyślona. Tak samo piękna, tak samo elegancka. To samo zawadiackie spojrzenie, te same usta, ta sama twarz.
- Karolina! – Krzyknął nadal zaskoczony niespodziewanym spotkaniem. Usłyszała jego wołanie, mimo zagłuszające go trąbienie rozpędzonych żółtych taksówek.
- Mirek?! – przystanęła zdziwiona w pół kroku. – To ty? – zapytała zdziwiona.
- No ja, a któż by inny. – Odpowiedział uradowany, stając z Karoliną twarzą w twarz. – Karola, kope lat! Co ty tutaj robisz?
- To samo, co ty. – Zaśmiała się radośnie, całując w oba policzki.
Zaprosił ją na kawę, przegadali pół dnia. Tak się złożyło, że oboje mieli dzień w pracy, choć dla niej przedostatni, a dla Mirosława jeden z wielu pozostałych do emerytury. Opowiadali sobie nawzajem o minionych latach, Mirosław dowiedział się, jak do betonowej dżungli Karolina postanowiła przyjechać dziesięć lat temu, a po dekadzie podjęła decyzję o powrocie do Europy.
- Zbyt duży jak dla mnie ten amerykański świat. Za mąż nie wyszłam młodo, szybko się rozwiodłam, jakoś tak wyszło. Dzieci nie mieliśmy, nie złożyło się. Przyjechałam tutaj, myślałam, że jakoś życie od nowa ułożę, ale dla samotnej osoby dżungla zbyt duża, nie umiem się przystosować. – Opowiadała, spuszczając smutny wzrok. Nic nie odpowiedział, kiwał jedynie głową ze zrozumieniem.
Doskonale przecież wiedział, jak to jest żyć samotnym życiem. I żałował, że wcześniej się nie spotkali, że nigdzie na Karolinę przez przypadek nie trafił. Przesiedzieli w kawiarni jeszcze godzinę, powspominali stare, dobre czasy, dopili zimną już kawę, po czym pożegnali na tej samej ulicy, na której w samo południe twarz Mirosława pierwszy raz od niepamiętnych już lat rozbłysła uśmiechem, okraszonym szczęściem. Choć obiecali kontakt podtrzymać, kontaktować się ze sobą za pomocą założonych w mediach społecznościowych kont (że też wcześniej o tym nie pomyślał!) Mirosław wracając do zielonego domku czuł się tak, jakby stracił jedną jedyną szansę na eksmitowanie samotności.
- I co to za sprawiedliwość, jak daje życie człowiekowi radość, a potem nagle ją odbiera? – Zapytał puste ściany, kolejny raz siadając ciężko w ulubionym fotelu.
Los spoglądał na Mirosława z ukrycia, uśmiechał się figlarnie, po czym zapewnił:
- To jeszcze nie koniec, mój przyjacielu. To dopiero początek! Dobry początek.
Od tamtej chwili, dni Mirosława wypełnione były po brzegi rozmowami z Karoliną, którym oddawał się z wielką przyjemnością. Z telefonem w zasadzie się już nie rozstawał. Zabierał Karolinę na przejażdżki metrem, którym jeździł do pracy; na spacery po Central Parku, który dopiero teraz mu się podobał. Razem, choć oddzieleni o tysiące kilometrów, przeglądali zawartość sklepowych półek, wybierając najlepsze i najzdrowsze produkty. Razem gotowali i jedli posiłki, czasami nawet sprzątali. Jednym słowem – stali się nierozłączni. Jedynie noce i różnica czasu przeszkadzała tym dwojga w osiągnięciu pełni szczęścia. Gdy Karolina już spała, Mirosław dopiero rozpoczynał wieczór; z kolei, gdy on jeszcze spał, ona popijała drugą tego dnia kawę.
- Niezależnie od tego, jak daleko od siebie jesteśmy, każdego wieczoru patrzymy na to samo niebo, na te same gwiazdy. – Powiedział jej kiedyś, gdy okryta melancholią i tęsknotą za nim w świecie realnym, wylewała smutek w słuchawkę.
Ileż razy pragnął powiedzieć, żeby wracała, że przecież razem będzie im lepiej. Chciał Karolinę przekonać, że betonowa dżungla nie odstraszy, gdy zielony domek wypełni swoją obecnością, gdy w pustych dotąd szafach zawisnął jej żakiety i sukienki, że pomarańcze – wąchając je razem z markecie – wreszcie wybiorą idealne. Bał się jednak. Bał odrzucenia, odmowy. Tego, że w słuchawce usłyszy stanowcze „Nie”, a wtedy serce pęknie na milion kawałków i nigdy nie zdoła go naprawić.
A Karolina czekała cierpliwie. Za każdym razem, kiedy odbierała połączenie zza wielkiej wody, miała nadzieję usłyszeć: Karolina pakuj się i przylatuj natychmiast! Dłużej już bez ciebie nie wytrzymam. Ani ja, ani moja szafa, która wciąż dopytuje czy twoje sukienki nie chcą w niej zamieszkać!”.
Jakież było zdziwienie Mirosława, gdy pewnego dnia Karolina oznajmiła, że musi zniknąć na dzień lub dwa i nie będą mogli porozmawiać, jak zazwyczaj. W jego głowie jawiły się same czarne myśli. Niemal pewny, że oto Karolina nie załatwia ważnych spraw, a testuje właśnie potencjalnego partnera w drogiej restauracji, odstawiając tym samym Mirosława na boczny tor. Smutno mu było i przykro, choć pretensje mógł mieć jedynie do samego siebie. Gdyby zdobył się na odwagę, zaproponował Basi powrót do wielkiego świata…
Herbata, którą tego wieczoru zaparzył, nie smakowała tak dobrze, jak zwykle. Wieczór niby pogodny zdawał się nijaki, smutny, nudny. W telewizji nie znalazł ani jednego interesującego programu, litery w kilku otwieranych i zamykanych książkach, zlewały się ze sobą, nie rozumiał ich sensu. I tylko ta cholerna samotność, śmiejąca się mu w twarz, pozostawała nadal taka sama. Postanowił wyjść na zewnątrz, spojrzeć w niebo, o którym tyle rozmawiali. Miał nadzieję odszukać w nim spokój i nadzieję, że Basia nie zostawi go samemu sobie i nie zniknie tak po prostu.
Jakież było zdziwienie Mirosława, gdy po wyjściu przed dom, na werandzie zobaczył nikogo innego, jak Karolinę siedzącą na jednej z wielkich granatowych walizek. Kubek upadł z hukiem na deski, herbata utworzyła kleksy, a Mirosław stał z otwartymi szeroko oczami i ustami, nie potrafiąc wydobyć z siebie głosu.
Kobieta, z zieloną apaszką na szyi, tak zieloną, jak jego dom, wpatrzona z uwagą w granatowe niebo i mrugające na nim złote punkciki, dopiero po chwili wstała z walizki i zwróciła się do osłupiałego Mirosława twarzą. Zawadiackie spojrzenie, które kochał – teraz mógł to przyznać – sprawiło, iż oprzytomniał.
- Przyleciałam sprawdzić. – Powiedziała, uśmiechając się figlarnie.
- Sprawdzić co? – Wydukał.
- Czy twoje niebo tutaj, w wielkim świecie, jest dokładnie takie samo, jak te moje w odległej Europie.
- I co? Jest? – Głośno przełknął ślinę, obawiając się jej odpowiedzi.
- Nie. Jest dokładnie tak, jak myślałam. Twoje niebo jest piękniejsze. – Przyznała z pewnością w głosie.
- A to dlaczego? – Zapytał.
- Dlatego, że pod tym niebem – mówiąc to, skierowała palec wskazujący ku górze – jesteś Ty.
Z wypowiedzianych przez Karolinę słów, jedynie Samotność mieszkająca w zielonym domku się nie ucieszyła. W wielką złością zabrała się za pakowanie swoich niewidzialnych walizek, aby opuścić domek na zawsze.




Komentarze